Koza, furmanka i Magda Gessler

Miłośniczka bruszczety, gnoczi, winigretów, czile (nazwa wskazuje, że to coś, co rośnie niedaleko Argentyny) i innych światowych specjałów. Admiratorka kiślu (czymkolwiek jest kiśl). Osoba mówiąca Światu wprost: „ja chcę!”, ewentualnie „ja będę chciała”. Pani Magda Gessler. Krąży po Polsce niczym tornado, które wymiata z mapy kraju to, co bez smaku. Jest jak wiosenne oberwanie chmury spłukujące deszczem kulinarnej perfekcji osiadające na talerzach paskudztwa.

Muszę przyznać, że bardzo, ale to bardzo popieram misję pani Magdy. Bo to, co robi jest bez wątpienia misją. No, przy okazji także sposobem na zarabianie kaski, ale nie widzę nic cóż w tym złego.
Pani Magda niczym Sherlock Holmes tropi wkradające się do podawanych dań sosy, które, jeszcze zanim zostały podane, w proch (czy raczej w proszek) się obróciły. Z naukową wprawą Marii Skłodowskiej – Curie wyszukuje w kotletach, barszczach i flakach nielegalnych uciekinierów z tablicy Mendelejewa, którzy stali się częścią potraw. Z nieziemską mocą stworzonego w tajnych laboratoriach Sanepidu superbohatera, walczy z zagrażającą Światu nieświeżością.
Czyni to z zaangażowaniem i oddaniem bardziej niesamowitym niż oddanie milionowego kredytu bankowi. Czyni to stawiając sobie i reformowanym przez nią lokalom i ludziom wysokie wymagania. I tu dochodzimy do sedna. Bo należy zadać sobie pytanie: czy nie za wysokie?
Ja rozumiem, że świeże składniki to norma. Bez nich żadne danie nie stanie się kulinarnym Everestem, na który mogą się wspiąć głodni smakosze. Ja wiem, że tylko z pomocą odpowiednich, naturalnych przypraw można skutecznie pobudzić smakowy punkt G (nawet u faceta). To oczywiste, że przedstawiając klientom menu dłuższe, niż przemówienie Fidela Castro ryzykujemy, że żadnego z dań nie będziemy w stanie dobrze przyrządzić.
Czasem jednak pani Magda idzie o krok za daleko. No bo jak w trzytysięcznej mieścinie, w której akurat mieści się poddany kuchennej rewolucji bar, znaleźć ser gruyere, który nasza bohaterka umyśliła sobie właśnie dodać do wprowadzanej do menu zapiekanki? Jak zdobyć sezonowaną wołową polędwicę, z której kucharz swoją wprawną ręką zrobi siekanego tatara? Wszak to tak, jakby żądać od Ryszarda Kalisza, by wygrał sprint z Usainem Boltem, biegnąc w dodatku tyłem i w szpilkach. Dodajmy, że w rzeczonej mieścinie są dwa sklepy, z czego w pierwszym jedyny dostępny ser to „Ser żółty”. Dla odmiany w drugim mają „Żółty ser”. Wiem, naciągam – to oczywiste. I zaraz znajdzie się ktoś, kto powie: „Dla chcącego nic trudnego”. Zgadza się! Ale i na to pani Gessler znalazła sposób. Oto bowiem w poszczególnych odcinkach jej rewolucji możemy spotkać się z rozmową w mniej więcej takim tonie:
- Co dodajecie do tego dania?
- Ser.
- Kozi? Musi być kozi?
- Tak kozi.
- A od polskich kóz?
- Tak, od polskich.
- A z Podlasia?
- Oczywiście, że z Podlasia.
- Jak rozumiem mleko na ser jest z porannego udoju?
- Jasne, tylko z porannego.
- Hmmmmm… A czy kozę doił mężczyzna?
- Tak, mężczyzna.
- I ser przywożą Wam furmanką?
- Nie inaczej! Tylko furmanką.
- Zaprzężoną w dwa konie?!
- Nie, w jednego!
- Jednego? Ohyda! Tego się nie da jeść!



No, to tyle. Cieszę się, że podobał się Państwu mój wpis. Musiał się podobać. Przecież napisałem go JA!
Trwa ładowanie komentarzy...