Andrzej sam

Krótki utwór o tym, jak cudnie być prezydentem.

Jakie to miłe i cudne,
W dni powszednie i święte,
Świtem, wieczorem, w południe,
Być polskim prezydentem.
Wstaję rozpromieniony,
(Sam decyduję czy rano),
I siadam obok żony,
Która ma męża stanu.
Pośród porannych wzruszeń,
Kocham ją duchem i ciałem.
Przecież kochać ją muszę.
W końcu sam ją wybrałem.
Potem szybkie śniadanie,
Wachlarz menu mam wielki,
Więc sam wybieram danie:
Jajka oraz serdelki.
Sam potem wiążę krawaty,
Sam gacie w orzełki noszę,
Sam wkładam w kieszonkę kwiatek,
I sam ciepłe bambosze.
Sam siadam do wielkiej ławy,
Sam cieszę się jak cholera,
I sam podpisuję ustawy,
Co sam je sobie wybieram.
Sam myślę nad moim życiem,
I sam wyciągam wnioski,
I sam cicho wzdycham skrycie:
Ależ ty jesteś boski!
I sam sobie czasem marzę,
W uśmiech zginając usta,
Że sam sobie okrętem, żeglarzem…
- Obudź się, Andrzej, już szósta!
Czas jak wichura mknie,
I pędzi po zegarku,
Więc podnoś w górę „d”!
- Jeszcze minutka… Jarku…

P.S.
Sam czasem siedząc w ciszy,
(Przyznać muszę się wam),
W swoich uszach słyszę:
„Zagraj to jeszcze raz, Sam”.
Trwa ładowanie komentarzy...