O autorze
Szymon Marhwiak Barabach. Tata, mąż. Piszę, popisuję się, czasem spisuję. Poza kilkoma tekstami reklamowymi, satyrycznymi i piosenkami napisałem m.in. „Leksykon strachów domowych”. O moich smakach życia piszę na smakademia.pl. Mój ulubiony sposób na obniżenie poziomu stresu to obieranie pieczarek.

Mój pierwszy raz

Jest rok 1989. Niewielka belgijska wioska niedaleko miejscowości Bastogne. Ardeńskie wzgórza. Na nich rozścielona delikatna mgła. Jasnoszara powłoczka przykrywa zielone pastwiska, po których niespiesznie przechadzają się większe i mniejsze krówska. Tną powoli delikatną poświatę na mniejsze kawałki, łażąc w poszukiwaniu zapewne kulinarnych, a może i innych doznań. Cóż im pozostaje, skoro wszystko w życiu, od rana do zmierzchu, przyszło im robić na jedno kopyto.

Wewnątrz tego krajobrazu, sielskiego, nieziemsko uroczego i błogiego, jak uśmiech Macierewicza, dom wiekowy i piękny. Dostojny, a jednocześnie samotny, niezwykły, nierzeczywisty niczym gol polskiej piłkarskiej reprezentacji strzelony na wyjeździe. A jednak tu stoi. To właśnie w nim rozegra się za chwilę moja prywatna ardeńska ofensywa.



W tym domu ja – pulchnawy rodzynek, faszerujący swoim młodzieńczym, nadpobudliwym ciałkiem niewielką cząstkę domowego wnętrza. Ja, czekający na wydarzenie, które zaważy na reszcie mojego życia. Które, miejmy nadzieję, zmieni wszystko na dobre, a dobre na lepsze. Które będzie wysokim C w pasażu młodzieńczych, mutacyjnych gam radości. Może i C ciut fałszywym, odrobinę nietrafionym, ale z jaką promiennością wyśpiewanym. Z tego powodu przejęty jestem nieziemsko. Przy szczytach mego zdenerwowania Mount Everest to lichy kopiec wzniesiony przez niedołężnego kreta – Pigmeja dotkniętego całkowitym brakiem zmysłu inżynierii.

Moje wnętrze wygląda jak każde, dowolne wnętrze po kilkudniowej wizycie wąsatego fachowca w ogrodniczkach, który swoje usługi reklamuje w dziale ogłoszeń drobnych opisując je krótko: „Wykańczanie wnętrz. Skutecznie.”
Ale uwaga! Zbliża się! To on! Mój pierwszy raz.

Mój pierwszy raz, który ziści się już za chwilę. Czekam na niego. Czekam tak, jak Puchatek na spotkanie z profesorem Miodkiem.

Pojawia się Ona. Zerkam na Nią. Wygląda pięknie. Delikatna, smukła. Ciut egzotyczna. Jakby z innego świata. I te jej wielkie, cudowne oczy. Chyba nawet trochę za duże w stosunku do reszty jej boskiego ciałka.
- Takich w Polsce nie ma. – pomyślałem.
Moje wewnętrzne rozedrganie splątane z ciszą wypełniającą pomieszczenie tworzą mieszankę tak wybuchową, że jest w stanie wysadzić Tuska z fotela szefa PO.
Kolejne uczucie, które do mnie dociera. Niepewność. Czy wszystko zrobię dobrze? A jeśli coś pójdzie nie tak?
- Zrób to! – krzyczy mój wewnętrzny głos. – Zrób to teraz!
Moja ręka wędruje w Jej stronę.
- Zrób to! – głos wewnętrzny niecierpliwi się coraz bardziej.
Moja ręka jest od Niej o kilka milimetrów!
- No zrób to wreszcie! – ciszę przecina zdecydowany głos mojej siedemdziesięcioletniej ciotki, która od kilku minut obserwuje całą sytuację.
Sięgam. Dotykam. Biorę. Kładę na talerzu. Stało się…
Mój pierwszy raz.
Z krewetką.

Przeżyłem wiele kulinarnych pierwszych razów. Większość z nich była cudowna, miła lub co najmniej warta zapamięta. Było też kilka wpadek. Jeśli na przykład ktoś mnie zapyta, czy jeszcze raz spróbuję, podanej mi po raz pierwszy w Czechach, wieprzowiny w sosie pomarańczowym, od razu odpowiem: A choj! A może: ahoj? Nie wiem, jak to się pisze.

Pierwszy raz w sensie kulinarnym jest bardzo podobny do „tego” pierwszego razu. Trzeba dojrzeć, dorosnąć, rozumieć, ogarniać. Po prostu wiedzieć, o co chodzi i być pewnym, że się „tego” chce. Inaczej będzie to miało tyle sensu, co ewentualne zmartwychwstanie Ryśka z Klanu.

To mój pierwszy raz w natemat.pl. Mam nadzieję, że od dziś będzie tyko dobrze.
Trwa ładowanie komentarzy...