Mój pierwszy raz

Jest rok 1989. Niewielka belgijska wioska niedaleko miejscowości Bastogne. Ardeńskie wzgórza. Na nich rozścielona delikatna mgła. Jasnoszara powłoczka przykrywa zielone pastwiska, po których niespiesznie przechadzają się większe i mniejsze krówska. Tną powoli delikatną poświatę na mniejsze kawałki, łażąc w poszukiwaniu zapewne kulinarnych, a może i innych doznań. Cóż im pozostaje, skoro wszystko w życiu, od rana do zmierzchu, przyszło im robić na jedno kopyto.

Wewnątrz tego krajobrazu, sielskiego, nieziemsko uroczego i błogiego, jak uśmiech Macierewicza, dom wiekowy i piękny. Dostojny, a jednocześnie samotny, niezwykły, nierzeczywisty niczym gol polskiej piłkarskiej reprezentacji strzelony na wyjeździe. A jednak tu stoi. To właśnie w nim rozegra się za chwilę moja prywatna ardeńska ofensywa.

W tym domu ja – pulchnawy rodzynek, faszerujący swoim młodzieńczym, nadpobudliwym ciałkiem niewielką cząstkę domowego wnętrza. Ja, czekający na wydarzenie, które zaważy na reszcie mojego życia. Które, miejmy nadzieję, zmieni wszystko na dobre, a dobre na lepsze. Które będzie wysokim C w pasażu młodzieńczych, mutacyjnych gam radości. Może i C ciut fałszywym, odrobinę nietrafionym, ale z jaką promiennością wyśpiewanym. Z tego powodu przejęty jestem nieziemsko. Przy szczytach mego zdenerwowania Mount Everest to lichy kopiec wzniesiony przez niedołężnego kreta – Pigmeja dotkniętego całkowitym brakiem zmysłu inżynierii.

Moje wnętrze wygląda jak każde, dowolne wnętrze po kilkudniowej wizycie wąsatego fachowca w ogrodniczkach, który swoje usługi reklamuje w dziale ogłoszeń drobnych opisując je krótko: „Wykańczanie wnętrz. Skutecznie.”
Ale uwaga! Zbliża się! To on! Mój pierwszy raz.

Mój pierwszy raz, który ziści się już za chwilę. Czekam na niego. Czekam tak, jak Puchatek na spotkanie z profesorem Miodkiem.

Pojawia się Ona. Zerkam na Nią. Wygląda pięknie. Delikatna, smukła. Ciut egzotyczna. Jakby z innego świata. I te jej wielkie, cudowne oczy. Chyba nawet trochę za duże w stosunku do reszty jej boskiego ciałka.
- Takich w Polsce nie ma. – pomyślałem.
Moje wewnętrzne rozedrganie splątane z ciszą wypełniającą pomieszczenie tworzą mieszankę tak wybuchową, że jest w stanie wysadzić Tuska z fotela szefa PO.
Kolejne uczucie, które do mnie dociera. Niepewność. Czy wszystko zrobię dobrze? A jeśli coś pójdzie nie tak?
- Zrób to! – krzyczy mój wewnętrzny głos. – Zrób to teraz!
Moja ręka wędruje w Jej stronę.
- Zrób to! – głos wewnętrzny niecierpliwi się coraz bardziej.
Moja ręka jest od Niej o kilka milimetrów!
- No zrób to wreszcie! – ciszę przecina zdecydowany głos mojej siedemdziesięcioletniej ciotki, która od kilku minut obserwuje całą sytuację.
Sięgam. Dotykam. Biorę. Kładę na talerzu. Stało się…
Mój pierwszy raz.
Z krewetką.

Przeżyłem wiele kulinarnych pierwszych razów. Większość z nich była cudowna, miła lub co najmniej warta zapamięta. Było też kilka wpadek. Jeśli na przykład ktoś mnie zapyta, czy jeszcze raz spróbuję, podanej mi po raz pierwszy w Czechach, wieprzowiny w sosie pomarańczowym, od razu odpowiem: A choj! A może: ahoj? Nie wiem, jak to się pisze.

Pierwszy raz w sensie kulinarnym jest bardzo podobny do „tego” pierwszego razu. Trzeba dojrzeć, dorosnąć, rozumieć, ogarniać. Po prostu wiedzieć, o co chodzi i być pewnym, że się „tego” chce. Inaczej będzie to miało tyle sensu, co ewentualne zmartwychwstanie Ryśka z Klanu.

To mój pierwszy raz w natemat.pl. Mam nadzieję, że od dziś będzie tyko dobrze.
Trwa ładowanie komentarzy...