O autorze
Szymon Marhwiak Barabach. Tata, mąż. Piszę, popisuję się, czasem spisuję. Poza kilkoma tekstami reklamowymi, satyrycznymi i piosenkami napisałem m.in. „Leksykon strachów domowych”. O moich smakach życia piszę na smakademia.pl. Mój ulubiony sposób na obniżenie poziomu stresu to obieranie pieczarek.

Ku#@a w kuchni

Nie znam chyba nikogo, kto by nie lubił od czasu do czasu "rzucić sobie" ku#@ą. Wydaje mi się, że niektórzy wręcz odczuwają w sobie jakąś przedziwną siłę, która do rzucenia tego nieszlachetnego wyrazu niekiedy zmusza. Jest to ta sama siła, która rodzi się w dzielnych sercach dzielnych sportowców po zrzuceniu tyczki, puszczeniu "szmaty" czy zainkasowaniu celnego ciosu "w ryja". W tym ostatnim przypadku siła ta pojawia się oczywiście dopiero po powrocie sił życiowych.

To również ta sama siła, która nawiedza polskie domy w weekendowe wczesne popołudnia. Miliony Polaków doświadczają jej tuż po zakończeniu kolejnego dowcipu wygłoszonego przez King Konga humoru, pana Strasburgera. To właśnie wtedy wyrywa nam się z ust (bądź w wersji bardziej przyzwoitej – w umyśle): Ku#@a, ale o co chodzi? Bo jak tego z siebie nie wyrzucić po takim tekście:



- Jak się przedstawia pies pracujący w Najwyższej Izbie Kontroli?
- JamNIK!

Ta siła jest od nas potężniejsza. Nie możemy się przed nią bronić. Za każdym razem kładzie nas na łopatki. I choć wiemy, że nadejdzie bezwzględnie jak kolejny odcinek Klanu, to i tak nie potrafimy się przed nią bronić.
Ale wróćmy do samej ku#@y. Jeśli dobrze się przyjrzycie, przysłuchacie, przeprowadzicie małe dochodzenie, pogrzebiecie w przestworzach pamięci, okaże się, że miejscem częstego rzucania ku#@ą jest kuchnia. Widzę w tym wiele sensu.
Przede wszystkim ku#@a jest wybitnie kulinarnym wyrazem.
Ku#@a przecież może być soczysta, gorąca, ostra. Może być niesmaczna, pełna goryczy. Może być przez wielu nie do strawienia. Może być rzucana niezgodnie z przepisami. Ku#@a to nic innego, jak klasyczne rzucanie mięsem!
Ku#@a w ustach szefa, kucharza jest jak zawór w szybkowarze – uruchomiona w odpowiednim momencie upuszcza siły zdolne uczynić z kuchni krzyżacką część podgrunwaldzkiego pola. Przydaje się wyjątkowo, gdy się człowiek gotuje.

Jak twierdzi mój przyjaciel Tomek, szef kuchni z wieloletnim doświadczeniem, rzucona sprawnie potrafi przyspieszyć gotowanie, krojenie, przyprawianie. Jest niczym zaklęcie panowania nad czasem, opracowane w zaułkach Hogwartu. Magia tego słowa jest jeszcze większa. Jak mówi Tomek: ku#@a nie tylko daje nam władzę nad czasem, ale i oczyszcza atmosferę. Słowem: taki niezwykły chiński stoper z opcją choinki zapachowej.
Obserwując programy telewizyjne poświęcone gotowaniu możecie się przekonać, że kuchenna ku#@a ma wielką moc i robi niebywałą medialną karierę. Na pewno numerem jeden jest Gordon Ramsay. Praktycznie każdy jego program jest wypełniony słowami na „k” niczym polityczne przemówienie czczymi obietnicami. Nieważne, czy Ramsay odwiedza niewielką gospodę leżącą wśród urokliwych walijskich wzgórz, czy ruchliwe bistro na Manhattanie. Nieistotne, czy poszukuje najlepszej brytyjskiej restauracji, czy w piekielnej, pełnej wrzenia kuchni wybiera szefa swojego nowego lokalu w Las Vegas. Nie ma znaczenia, czy gotuje z gromadą swoich dzieci, czy z grupą staruszek z Kambodży. Miejsce na ku#@ę zawsze się znajdzie.

Poza nim chętnie rzucają inni wielcy kulinarno - medialnego świata: Marco Pierre White, rozlazły Jamie Oliver, Anthony Bourdain. Ten ostatni rzuca pięknie, z poetyckim wyczuciem, a przy tym ze sprawnością zawodowego sportowca. Jest w rzucie ku#@ą wręcz takim przedziwnym skrzyżowaniem Marcina Świetlickiego z Tomaszem Małachowskim.

A jak wygląda sprawa z polskimi gwiazdami gotowania i ich rzucaniem? No, tu jest słabo. Oglądając pana Pascala i pana Karola odnoszę wrażenie, że ku#@a może im się wyrwać tylko wtedy, gdy przez przypadek zauważą w lustrze, że grzywka zamiast ułożyć się po lewej stronie czoła ułożyła się po prawej. Absolutnie nie zmienia to faktu, że obu panów bardzo szanuję i lubię. Zwłaszcza pana Brodnickiego, kiedy opowiada, że „z pomocem widelcem maltretuje mongo”.
Nasz kuchenny Lajkonik, pan Makłowicz, potrafi skutecznie sprowadzić ku#@ę. Z tym, że rodzi się ona w mojej głowie, gdy po raz kolejny słyszę w jego audycji, że coś jest endemiczne lub emblematyczne. Ale i tu dodam, że pan Robert to jedna z moich ulubionych gastronomiczno - telewizyjnych gwiazd.
Zupełnie inna kategoria to pani Magda Gessler. W jej programach ku#@y i im podobne spadają na nas często i niespodziewanie jak meteoryty w amerykańskim filmie katastroficznym. Dla naszego dobra są „wypipkiwane”. To sprawia, że pani Magda brzmi niekiedy, jakby nadawała do nas alfabetem Morse’a. Z jej „wypipkowywaną” treścią mam mały problem. Odnoszę czasami wrażenie, że te wszystkie niepoprawne wyrazy są rzucane na siłę. Jakby producenci myśleli: wydaliśmy na format bańkę, czy dwie, to przynajmniej sobie poprzeklinamy!

Zastanawiacie się zapewne, skąd w ogóle mój wywód na temat ku#@y w kuchni. Otóż, po wielu latach okołogastronomicznych obserwacji, doświadczeń, doznań itd., dochodzę do wniosku, że ku#@a w kuchni jest niezwykłą przyprawą. Rzucona szczerze podkreśla, tak jak przyprawa podkreśla i wydobywa smak, zaangażowanie osoby, która danie tworzy. Jest wyrazem (właśnie - wyrazem!!!) wiary w to, że przygotowywana potrawa będzie, musi być jak najsmaczniejsza. Mówi o poświęceniu i emocjach. Jest pointą, która pojawia się po spróbowaniu skończonego kulinarnego dzieła, rozpoczynając z hukiem frazę: Ku#@a! To jest to.

No chyba, że padnie: Ku#@a! Co to jest?
Ale tego Państwu nie życzę.
Trwa ładowanie komentarzy...